 |
|
Relacja z turnieju Bitwa o Białystok 2009 tekst: zembol
Nigdy
nie byłem w Białymstaoku i choćby to było dobrym powodem, żeby na tego
master pojechać. Do tego fajny format, towarzystwo (wybierał się też
Jacek K.), niedrogie spanie - tak oto wyybrałem się na najlepszego
mastera, na jakim do tej pory byłem.
Organizacja imprezy była
rewelacyjna. Świetny, przestronny lokal, cały czas dostarczane żarcie
(bigos, ciasta), imprezy po rozgrywkach (master w czoko-kości,
kalambury) białostoczczanie wysoko ustawili poprzeczkę. Pula nagród
była imponująca - stół się pod nimi uginał. Oprócz nagród za miejsce
można też było w losowaniu trafić pierwszego wieczora flaszkę wina.
Organizatorzy dbali o porządek, nie było obsów, wyniki ogólnodostępne -
na prawdę profesjonałka aż miło.
A teraz o samych rozgrywkach:
Przed losowaniem par rzekłem
do Jacka, że zagrałbym z kimś dobrym i tak się stało. Trafiłem na
Robsona i jego demony na magii z mengilami. Zagrałem dobrze i tylko w
ostatniej turze trochę za bardzo się do przodu wyrwałem i przyjąłem na
twarz zmasowany ostrzał. I tak w fazie strzlania szóstej tury zrobiło
się 3:17. Bitwa na prawdę fajna i w sumie wynik też nie najgorszy
biorąc pod uwagę warunki.
Drugą bitwę rozegrałem z mrukliwym gościem grającym imperium na 2
tankach, 4 armatach, altarze itd. Trochę na starcie się z dupy
wystawiłem i szybko za to zapłaciłem stratą kawalerii i jednego działa.
Na szczęście główna siła armii stała w bepiecznym miejscu z którego
rozpocząłem nękanie czarami. Po trochu zwarzywiłem czołgi, pozbyłem się
dwóch kawalrii i szczęśliwie dobrnąłem do remisu.
Trzecia bitwa to Litwin Vasilji i jego demony złożone na bloodziu,
plagusach i ze sztandarem tnącym magię. Moje działa zniknęły ze stołu
błyskawicznie (po jednej salwie) - jedno z oblanego terrora od bloodzia
(który nie mógł go zaszarżować, więc ustawił się cal od niego), drugie
zjedzone przez overunujące flesh houndy. Generalnie mój support
dzielnie ginął spowalniając ruchy przeciwnika, podczas gdy ja bawiłem
się z bloodziem w kotka i myszkę. Ostatecznie skończyło się kanapką
bloodzio + plagusi + moi TG z kowbojem surusem + stedzio z enginem.
Combat trwający 2 tury nie wyszedł mi na zdrowie - straciłem skinka i
połowę TG, połowiąc zaledwie plagusów a panu B zakładając tylko 2 rany.
I wyszło z tego 8:12.
Po całym dniu grania, zjedzeniu pizzy i udziale w masterze
czoko-kości, postanowiliśmy z Jackiem zagrać jeszcze jedną bitwę (chore
) i po północy wróciśmy na bazę.
W niedzielę na pierwszy ogień trafiły mi się VCty na klockach piechoty
i z KC. Zagrałem ofensywnie i widziałem, że mój przeciwnik już się
zaczął pocić, gdy do szarż doszli stedzio z kowbojem, a TG już weszli w
zasięg, ale zaczęła się seria masakrycznych rzutów. Przez połowę gry
nie mogłem rzucić nic prócz 1 i 2. I tak ofensywa zamieniła się w
porażkę. Uchowałem 4p. Autentycznie pokonały mnie rzuty.
Piąta bitwa: HE. Ustawiłem się defensywnie, wziąłem LoH i już w
pierwszej turze ściągnąłem 2 komety. Generalnie cisnąłem przez całą grę
magią, ale głupio straciłem kowboja (3 swordmasterów) i kawalerię (BSB
z przerzucanym ASv). I wyszło 11:9.
Choć punktowo nie powodów do
zadowolenia, to jadnak uważam, że warto było pojechać, bo po raz
kolejny dowiedziałem się czegoś o swojej i innych armiach. No i ogólnie
było fajnie i sympatycznie, więc niech wszyscy, co z lenistwa nie
pojechali żałują.
W te dwa dni rozegrałem 7 bitew (5 w ramach turnieju i 2 z Jackiem)
i nabrałem takiej ochoty na granie, że gdybyście rzucili mi teraz
wyzwanie – podjąłbym od razu, mimo że właśnie wróciłem z drogi.
Popatrzyłem na dobrych graczy i po prostu jestem pod wrażeniem tego, co
potrafią wyczyniać. I to począwszy od rozpy. Bo owszem, jest na
turniejach trochę standardów, ale jest też trochę rozpisek
wykombinowanch i zupełnie nietypowo zmaksowanych. I jestem pełen
podziwu dla ludzi, którzy potrafią to rozkminiać – składać, a potem
masakrować!
|
|
 |
|